Avea - 2010-07-24 08:17:29

Rozdział 1
Urodzinowa niespodzianka



Słońce wzeszło na aksamitnym błękicie przepędzając księżyc i lśniące gwiazdy. Złociste promienie oświetlały wszystko dookoła, dzień budził się do życia. Widać było jeszcze kropelki rosy na trawie i krzewach świecące w blasku słońca jak małe diamenty. Delikatny wietrzyk poruszał szeleszczącymi liśćmi, w koło  słychać było wesoły świergot ptaków. Jaskrawe promienie słońca rozświetliły cały dom przy Green Street 8 w Yorkshire. Ciepłe promyki wpadające do dziecinnego pokoju spoczęły na pogrążonej w śnie dziewczynce. Z rozsypanymi włosami na poduszce, wdzięcznymi piegami na jej drobnym nosku oraz delikatnym uśmiechu zdobiącym jej twarz wyglądała jak mały psotnik. Do jej uszu dotarł świergot ptaków wpadający przez uchylone okno. Leniwie otwarła oczy i przeciągnęła się w łóżku. Szybko wygramoliła się spod kołdry, gdyż wyczuła unoszący się po całym domu zapach smażonych naleśników. Błyskawicznie umyła się i ubrała w błękitną sukienkę i ruszyła w kierunku schodów prowadzących na dół do kuchni. Widząc długie schody i przylegającą do niej lśniącą poręcz nie wahała się ani chwili. Szybko wspięła się na nią i już po chwili w zawrotnym tempie sunęła ku dołu… coraz szybciej i szybciej… zbliżając się ku ostatniemu odcinkowi, wzbiła się wysoko w powietrze…
-Avea!
Dziewczynka drgnęła i spojrzała się w stronę krzyczącej kobiety, zaczęła opadać w dół.. czuła jak jej ciało opada… jeszcze trochę i będzie słychać wielki huk. Nic jednak takiego się nie stało. Av unosiła się nad podłogą, jakby niewidzialna siła unosiła ją w powietrzu by z lekkim tupnięciem wylądować z powrotem na ziemi.
- Czyś ty oszalała? Chcesz się zabić? Ile razy ci mówiłam byś nie zjeżdżała na poręczy?! Nie możesz normalnie zejść? Zajęłoby ci to tylko kilka sekund więcej! Pewnego dnia złamiesz sobie kark! – wykrzykiwała ostro wyglądająca kobieta w fiołkowej pelerynie i ciasno związanych w koczek srebrnych włosach.
- Ależ babciu, nic mi się nie stało. Przecież nie mam już 5 lat!
- Eh… Co ja mam z tobą począć co? Jak tak dalej pójdzie skrócisz mi żywot o dobre kilka lat – odpowiedziała kobieta z iskierką rozbawienia jarzącą się w jej szmaragdowych oczach.
- Chodź do kuchni, specjalnie upiekłam ci naleśniki. Pewnie to one tak szybko postawiło cię na nogi.
- Oczywiście. Dobrze wiesz, że je uwielbiam babciu, a nikt nie robi ich lepiej od ciebie.
Przekomarzając się dotarły do kuchni. Avea szybko napełniła swój brzuch pysznymi naleśnikami wysmarowanymi obficie dżemem popijając sokiem.
- O której mama dzisiaj wróci? – zapytała po chwili dziewczyna.
- Chyba koło 15. Wiesz jak to jest w Ministerstwie. Twoja matka ma dużo pracy, a o twoim ojcu już nie wspomnę, jako Auror ma naprawdę dużo rzeczy do zrobienia.
Tak, dziewczyna dobrze o tym wiedziała. Oboje rodzice dziewczynki pracowali w Ministerstwie Magii. Janett Adderly pracowała w Departamencie Łączności – kontrolując sieć Fiuu , a jej ojciec Marko w Biurze Aurorów – zajmował się łapaniem czarnoksiężników i odsyłaniem ich do Azkabanu – więzienia czarodziejów.
- Szkoda… Ciekawe kiedy Marida mnie odwiedzi… Nie lubię bawić się sama. – odpowiedziała smutnym głosem Av.
- Czemu nie pobawisz się z jakimś dzieckiem z okolicy? A ten chłopak Qulocha? Mieszka przecież naprzeciwko – odparła lekko kobieta.
- Z Darkenem? Mowy nie ma! Już wolałabym towarzystwo karalucha! – szybko wyrzuciła dziewczyna z gniewną miną na twarzy.
Nie bez powodów nie znosiła swego „ukochanego” sąsiada. Już od najmłodszych lat uprzykrzał jej życie. Wkładając patyk w szprych jej ślicznego rowerka i powodując nabicie kolana i kilku siniaków nie zaskarbił sobie jej przyjaźni. A to jak włożył do jej łóżka stado kumkających ropuch dotąd mu nie wybaczyła. Jej głośny pisk słychać było w całej chyba okolicy. Szarpanie za warkocze i…. nie, nie ma mowy! Nigdy, przenigdy nie zamierzam spędzać z nim czasu! Jeszcze jej życie miłe.
- To ja już wolę spędzić ten czas sama. – odpowiedziała wyzywająco dziewczynka. – Pójdę na spacer.
- Dobrze kochanie, tylko nie włócz się zbyt długo. Jak tylko idziesz na ten twój spacerek wracasz popołudniu. Przetrzepię ci ten twój czarny tyłek miotłą pewnego pięknego dnia.
- Dobrze, dobrze babciu – odpowiedziała Av uśmiechając się szeroko. – Ty tak zawsze mówisz. – odpowiedziała dziewczyna i biegiem wymknęła się z domu.
- Co za dziecko! Znowu zapomniała że ma dziś urodziny! A dziś kończy 11 lat! – mruknęła cicho po kuchni kobieta. – Lepiej wezmę się za robotę bo znowu nie zdążę! Przyjęcie musi być gotowe na czas. A ta mała psotnica nie wróci do domu wcześniej niż ją żołądek z powrotem nie zawoła. – to powiedziawszy z uśmiechem ze swego żartu energicznie zaczęła stukać różdżką to tu to tam, gotując przysmaki na dzisiejszą ucztę.


- Znowu się zasiedziałam! Rany tylko nie to! Babcia mi znowu będzie suszyć głowę! – rzuciła do siebie zlękniona dziewczynka i  rzuciła się biegiem w drogę powrotną. Wbiegając wszystko po schodach myślała już jaką reprymendę tym razem dostanie. Wszak rodzice na pewno już wrócili z pracy.
- Avea kochanie, jak ty wyglądasz! Tarzałaś się w błocie czy co?  - ledwo przekroczywszy próg domu dziewczyna już stanęła przed obliczem swej matki. Spojrzawszy na siebie ujrzała wielkie plamy brudu.
- Poślizgam się na kamieniu i wpadłam do strumyka – bąknęła Av.
- Marsz do łazienki, szybko się przebierz bo nie zdarzysz na kolacje. Tylko się pośpiesz, goście niedługo przyjdą. Już mieliśmy cię szukać z ojcem. Dosłownie ty powinnaś mieć przy sobie te mugolskie urządzenie. Jak ono się zwie? GPS? Wtedy byśmy wiedzieli gdzie znów się włóczysz – ze śmiechem powiedziała kobieta.
- Goście? Jacy goście? – ze zdziwieniem malującym się na jej twarzy zapytała mała psotnica.
- Avuś znowu zapomniałaś o swych urodzinach? Kiedyś sama zginiesz, naprawdę. Uciekaj na górę szybko się przebrać i umyć. Marida zaraz przyjdzie wraz z Amirą i pozostali.
- Dobrze już pędzę. – z uśmiechem na twarzy odpowiedziała dziewczyna i rzuciła się biegiem na górę.

- No nareszcie jesteś! – powiedziała Janett patrząc jak jej córka wbiega z powrotem już umyta i ubrana. Szybko się uwinęłaś jak zwykle. Cóż refleks masz dobry szkoda, tylko że nigdy na zegarek nie patrzysz.
- Eh… Troszeczkę się zasiedziałam. Zapomniałam że to dziś mam urodziny. Każdemu może się zdarzyć. – z przekorą odpowiedziała Av.
- No cóż kochanie wszystkiego najlepszego ci życzymy – powiedziała matka przytulając ją mocno. Jak na zawołanie zmaterializował się jej ojciec, również składając gorące życzenia wraz z babcią. W chwili później rozległ się głośny gong dzwonka oznajmiający przybycie pozostałych gości. Wkrótce salon wypełnił się ludźmi. Przybyła starsza siostra Avei, Amira – dwudziestoletnia czarnowłosa dziewczyna  z gorącym uśmiechem malującym się na jej twarzy powitała swą siostrę.
-Avea siostrzyczko wszystkiego najlepszego! – rzuciła ściskając ja mocno w uścisku. – Mój prezent jest tamten na boku – powiedziała cicho siostra. – uważaj by nie stłuc!
- Amira teraz moja kolej, weź się pośpiesz! – rzuciła Marida Black w pośpiechu.
- No Avciu tysiąc lat i jeszcze więcej. Byś dożyła sędziwego wieku jak sam Dumbledore! Oczywiście bez siwej brody! – życzyła kuzynka ściskając ją mocno. I tak solenizantka przechodziła z rąk do rąk otrzymując prezenty i serdeczne życzenia.
- Pootwieraj teraz prezenty!-  rzuciła babcia do Av.
Dziewczyna z radością spełniał prośbę. W tym roku dostała więcej prezentów niż zwykle. Od rodziców śliczną ciemnobrązową sowę jarzębiatą. Nazwala ją Anibella ku zadowoleniu zgromadzonych. Od siostry delikatnie odpakowała prezent -  komplet młodego alchemika. Od babci słodycze z Miodowego Królestwa. Otrzymała również kilka książek: m.in. Historię Hogwartu, piękną turkusową szatę wyjściową, wielką lunetę do obserwowania gwiazd oraz komplet szachów czarodziejów.
Nagle ujrzała znienawidzoną twarz. Od razu jej dobry nastrój prysł jak bańka mydlana. Darken podglądał zbiorowisko przez okno. To nic dobrego nie wróżyło. Chyba tylko ja to zauważyłam, ciekawe co on tym razem kombinuje pomyślała dziewczyna.
Został wniesiony właśnie ogromny tort z wylukrowaną jedenastką. Jednym machnięciem różdżki ojciec pozapalał świeczki.
- Pomyśl życzenie kochanie  - powiedziała matka.
-Spojrzawszy na tort odechciało mi się wymyślać jakiekolwiek inne życzenie niż zatłuc sąsiada na kwaśne jabłko. Z daleka co wyglądało na lukrowe ozdoby zatopione w cieście ukazały się wielkie brązowe robale. Zatłuc to mało pomyślała dziewczyna. Spojrzała w kierunku okna. Darken zwijał się ze śmiechu mówiąc coś, co z ruchów warg zrozumiałam jako: wszystkiego najlepszego złośnico! Ta zniewaga krwi wymaga! Spojrzała na matkę to na torta. Szybko przywołałam na swej twarzy uśmiech i zdmuchnęłam świeczki myśląc o zemście jaką sprawię sąsiadowi.
Rozległ się flesz aparatu i głośne oklaski.
- Zaraz pokroję tort! – rzuciła matka.
Ze zgrozą na twarzy patrzyłam na wstrętne robale, które właśnie zaczęły chodzić po całej powierzchni ciasta. Matka po spojrzeniu na jej kunsztowno wykonany tort z obrzydzeniem ujrzała wielkie pluskwy. Ze strachu pisnęła i w panice rzuciła tort do góry – nienawidziła szkodników, pająków a robale to już w ogóle. Wszyscy gwałtownie się odsunęli, prócz mnie. Patrzyłam jak na zwolnionym tempie tort podnosi się do góry i opada mi na głowę. Rozległ się w całym domu mój jęk i pisk gdy poczułam jak robale mnie obchodzą. Zaczęłam się miotać w panice by je z siebie zrzucić!
- Ajjjjjjjj……. Zabierzcie to ze mnie! – krzyczałam.
Trwało to dobrą minutę zanim mnie uratowali od wstrętnych robali i skończyli się pokładać ze śmiechu. Może i to wyglądało śmiesznie dla innych jednak z pewnością nie dla mnie! Czułam rządzę mordu! Spojrzawszy w okno upewniłam się co do swych odczuć! Darken zwijał się z uciechy. Z pewnością oglądał całe te moje przedstawienie gdy próbowałam zrzucić wstrętne robaki. Czując że pieką mnie policzki szybko wymknęłam się z salonu. Udałam się jak najszybciej z dala od zgromadzenia, miałam piekące łzy wstydu pod powiekami. Nigdy w życiu nie byłam na tak koszmarnym przyjęciu! Zaryglowałam się w łazience próbując zmyć z siebie słodkie ciasto. Minęło może z parę sekund gdy usłyszałam pod drzwiami głos matki. Strasznie mnie przepraszała za tak nieudane urodziny. Nie miałam do niej pretensji. Brzydziła się insektów chyba bardziej ode mnie. Doprowadziwszy się do porządku otworzyłam drzwi i słuchałam zapewnień, że nic się nie stało. Ja jednak wiedziałam że jest inaczej!
- Zemszczę się za ten upiorny wieczór choćby miała to być ostatnia rzecz jaką dokonam w swym żywocie! – powiedziała cicho do siebie dziewczyna.

www.nilfn.pun.pl www.l2pklan.pun.pl www.dietetyka2010.pun.pl www.hunterspl.pun.pl www.cbmpolska.pun.pl